Jak przezwyciężyłam niechęć do biegania?

19/04/2017

Przedstawiam Wam dziś historię mojej drugiej sportowej miłości (pierwszą pozostają oczywiście sztuki walki ;) ), którą jest bieganie. Chciałabym Wam pokazać, że bieganie można naprawdę pokochać, mimo iż wydaje się to niektórym niemożliwe.

 

Kiedy miałam 14 lat nienawidziłam biegać.

Zawsze kiedy czekał mnie bieg w grupie innych zawodników, stresowałam się ogromnie. Męczyłam się bardzo szybko i równie szybko do biegu zniechęcałam. Nie znosiłam tego, bo czułam się słaba, a przecież jako posiadaczka zielonego pasa w taekwondo nie powinnam być słaba! Każdy mój oddech był szybki, płytki, pobierany przez usta a po chwili biegu zaczynało boleć mnie gardło i wówczas w głowie myśl była jedna: „Nie dam rady. Chcę już przestać!” Nie raz w oczach pojawiały się też łzy bezsilności, bo inne dzieciaki nie męczyły się tak szybko jak ja. U mnie następowało to już po 2 minutach biegu! Tamten okres życia był dość ciężki dla mnie.

  

 

Któregoś dnia stwierdziłam jednak, że przecież gdy biegnę sama, nikt nie może narzucić mi tempa, więc sama będę je kontrolować. Tym sposobem udałam się na mój pierwszy samotny bieg. Trasa, którą wybrałam biegła od mego miejsca zamieszkania w kierunku najbardziej bezludnym. Nie lubiłam nigdy biegać wokół stadionu, bo było to dla mnie nudne i monotonne. Nie chciałam, aby ktokolwiek na mnie patrzył, widział jak się męczę, sapię i rumienię. Wzięłam ze sobą walkmana (chyba wiecie co to takiego? :D ) z ulubioną muzyką i rozpoczęłam swój bieg.

 

Najpierw biegłam powoli w tempie szybkiego marszu. Po jakichś 5 minutach przystanęłam, aby zaczerpnąć powietrza i wybrać dalszy ciąg trasy. Zobaczyłam pewną drogę rowerowo-pieszą, toteż skręciłam w nią. Po bokach drogi zaraz za mało ruchliwą jezdnią roztaczały się pola i lasy. Biegłam dalej. Nie wiedząc jakim sposobem, śpiewając w głowie treści słuchanych piosenek, dobiegłam do połowy tej ścieżki. Uznałam, że dalej nie pobiegnę, bo muszę jeszcze przecież wrócić. Trasę pokonałam w ciągu 35 minut. Kiedy wróciłam do domu, przeliczyłam odległość jaką przebyłam. To były 3 kilometry! Byłam z siebie bardzo dumna.

 

 

Następnego dnia mimo, że wszystkie mięśnie okropnie mnie bolały, stwierdziłam, że spróbuję dobiec do końca ścieżki.  I udało się! Okazało się też, że jest to granica mojego miasteczka a odległość, którą tym razem przemierzyłam wyniosła 5 km! Później już stało się to dla mnie normą. W każdy piękny weekendowy lub wakacyjny dzień wstawałam o 8:00, jadłam śniadanie, po czym o 10:00 byłam już gotowa do biegu. To, co szczególnie mnie w nim motywowało, to 0,8 kg mniej na wadze po każdym powrocie z biegania i poczucie, że wygrywam ze samą sobą. Zwykle byłam tak zmęczona, że nie miałam też ochoty jeść ani pić, ale satysfakcja była dla mnie ważniejsza.

 

Przez kolejne 10 lat biegałam co roku od kwietnia do października.

Czasem szybciej, czasem wolniej. Czasem 4 km, ale zdarzało się też 10 km. Bieganie towarzyszyło mi zawsze wtedy, kiedy potrzebowałam schudnąć (czytaj zrzucić wagę na zawody) i kiedy było mi smutno. Po każdej porażce doznawanej w życiu wychodziłam biegać, czasem nawet ze łzami w oczach. Ale tylko na początku biegu, bo potem organizm walczył już o przetrwanie, a łzy zamieniały się w zaciśnięte zęby.

 

Bieganie było super, bo dawało mi poczucie wolności i te chwile, kiedy rzeczywiście jestem tylko ja i moje myśli. I choć bywały dni, że biegałam dwa razy dziennie po 6 km każdorazowo, to nie wyobrażałam sobie nigdy biegać bez muzyki. Muzyka, która generowała przypływ adrenaliny i zagłuszała moje sapanie, wielokrotnie dodawała mi sił oraz magii tym wszystkim chwilom.

Bywałam wariatką, bo zdarzało mi się biec podczas burzy czy gradu, jednak najlepiej biegało mi się podczas ponad 30-stopniowego upału w samo południe. :) 

 

Ale niestety… Przyszedł taki czas, że zamieszkałam gdzie indziej. Wśród bloków, hałaśliwej jezdni i tłumu ludzi biegało się naprawdę niefajnie. Do tego doszły jeszcze kontuzje kolan. Przez to wszystko przestałam biegać na całe 3 lata! Skończyłam odczuwać przyjemność z biegania w słońcu, jak to miało miejsce do tej pory. Nad moim życiem pojawiły się czarne chmury, choroba i nic już nie było takie jak dawniej. :(

 

Dziś próbuję odzyskać radość z biegania, mimo że mój organizm regeneruje się już wolniej, a mięśnie wciąż są słabe. To frustrujące, kiedy głowa chce więcej, niż może zrobić ciało. Ale mimo tego poszłam o krok dalej i uznałam, że dam radę wystartować w biegu na 5 km. Niektórzy pomyślą pewnie: PIKUŚ! Jednak dla mnie to ogromne wyzwanie po takiej przerwie. Zaczęłam biegać jak szalona i rozmyślać jak to będzie. Zaczął liczyć się dla mnie czas, w którym pokonuję odległość i przestałam biegać swoim naturalnym, przyjemnym tempem. Każdy bieg mnie męczył, a wyjście na bieganie w nieładną pogodę stawało się nie lada wyzwaniem.

 

I wiecie co? Powoli dociera do mnie, że bieganie powinno znów stać się moim stylem życia, a nie celem do osiągnięcia czegoś. Wówczas się stresuję, spinam i nie daje mi to tyle radości. Kiedy porównuję się do innych, robi mi się smutno, bo zawsze jest ktoś, kto biega szybciej, zgrabniej, mniej się męcząc. Straciłam przyjemność z biegania i czas ją odzyskać!

Ruszyłam tyłek z kanapy i podjęłam wyzwanie, a więc cel na miarę swoich obecnych możliwości uznaję za zaliczony. :) Niedzielny bieg to dopiero początek. Wakacje przeznaczam na powrót do formy :)

 

Dziś uważam, że nie warto porównywać się z innymi, jeśli jako zwykły śmiertelnik masz ochotę zrobić coś dla zdrowia. W końcu stres, nadmierne zmęczenie i osłabienie ze zdrowiem niewiele mają wspólnego! To, że ktoś biegnie szybciej, nie oznacza, że jest lepszym człowiekiem. Po prostu pracował ciężej, dłużej, miał może lepsze predyspozycje, a może po prostu dobry dzień.

Niech bieganie będzie dla Ciebie frajdą, ucieczką od stresu, miłym spędzaniem czasu ze samym sobą. Jeśli chcesz kogoś w życiu pokonać, to pokonaj samego siebie: swoje obawy, frustracje i zwątpienie.

 

Chcesz zacząć biegać, ale czujesz że robisz to pokracznie?

Nieważne!

Jestem pewna, że są miliony ludzi, którzy pomyśleli tak samo i nie zrobili z tym nic. Ty miej odwagę zrobić coś więcej i po prostu spróbować. Zacznij od najwolniejszego tempa, jakie tylko możesz osiągnąć. Wytrzymaj pierwsze 10 minut, a potem będzie już tylko lepiej ;)
Trzymam kciuki za tych, którzy jeszcze nie spróbowali ;)

 

Biegajcie na zdrowie!

Udotępnij na Facebooku
Polub
Please reload

Please reload

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now